W ramach serwisu winestory.pl stosujemy pliki cookies by umożliwić naszym Użytkownikom wygodne korzystanie z serwisu. Jeśli nie zmienisz ustawień dotyczących cookies w Twojej przeglądarce, będą one zapisywane na Twoim komputerze. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia dotyczące cookies. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności. X
INFOLINIA: (22) 720 66 26
Menu

MENU

Koszyk

0,00 zł

Telefon

(22) 720 66 26

Masz pytania?

Napisz do nas

sklep@winestory.pl


Napisz do nas!

Dostawa 24h

Darmowa dostawa

przy zamówieniu powyżej 200 zł lub odbiorze osobistym.

Wizyta Macieja Wiczyńskiego na Węgrzech

Tegoroczna, trzecia już edycja VinCE, nie obyła się bez reprezentacji Winestory. Wydarzenie to miało swój początek w 2010, kiedy to dziennikarze węgierskiego wydania magazynu Decanter zorganizowali pierwszą edycję imprezy, poświęconej winom Środkowe Europy (CE – Central Europe). Zakończenie działalności tego wydawnictwa nic nie zmieniło, wydarzenie miało miejsce również w tym roku, w dniach 23-25 marca. Na całe szczęście - nie wzięcie w nim udziału było by niewybaczalną stratą.


Niemal od razu po przylocie do Budapesztu, zostaliśmy ugoszczeni w Cukierni Gerbeaud, która była wręcz muzeum poświęconym jej wypiekom. Widok w środku olśniewał, wystój godny arystokracji, a gabloty ze słodyczami w pudełkach, przypominały raczej ekskluzywny salon z cygarami niż po prostu cukiernię.Swą historią sięgająca do roku 1858, założona przez Henrika Kuglera cukiernia, dzięki doskonałym słodyczom, herbacie, jak i likierom, wkrótce znalazła się w centrum uwagi elit Budapesztu; sam Ferenc Liszt był jej wielbicielem.Po krótkiej prezentacji firmy, jej historii, nastąpiła chwila zapoznania się z efektami jej pracy. Nie trzeba było być aż takim wielbicielem słodyczy jak autor tego tekstu, by docenić ten moment.  Zapewniam że smakowały równie dobrze co wyglądały. Zaprezentowane zostały w ich towarzystwie 2 wina: Törley Chardonnay Brut Nyerspezsgő i 6 putonowy tokaj aszu.


Chwila na poddanie się urokom miasta, po czym zaczyna się właściwa część imprezy. W hotelu Corinthia, na dwóch tarasach, trzech dużych salach, oraz częściowo na korytarzach, były usytuowane stoiska z wystawcami. Jak łatwo się domyśleć, najłatwiej było na nich spróbować win węgierskich, poważnie deklasujących ilością inne kraje regionu. Jedynym problemem był czas. Organizatorzy zadbali, by na prowadzonych w dwóch salach (jedna na blisko 70 miejsc, druga 200) nie zabrakło atrakcyjnych zajęć. Prezentacje i wykłady, zawsze połączone z degustacją danych „tematów”, odbywały się równolegle, praktycznie przez cały dzień.  Wybór nie był łatwy, żal było ominąć jakąkolwiek, efektem czego na zwiedzanie części degustacyjnej spędziłem może 5 -6 godzin w ciągu 3 dni, z czego większość pierwszego dnia. Jedyny odczyt na którym byłem tego dnia, prowadzony był przez Joshepha Darrela dotyczył win chorwackich i słoweńskich. Wśród obecnych win mocno prowadziły ilościowo białe, pośród win Słowenii były tylko one; Rebula, czyli Ribolla Gialla i Sauvignonasse od Quercus, oraz Sipon (Furmint) od Dveri Pax. Z reprezentacji Chorwacji zaskoczyć mógł brak Plavac Mali, może Josheph lub organizatorzy uznali, że warto ukazać mniej oczywiste oblicza tamtejszego winiarstwa? Spośród pięciu butelek z tego kraju najbardziej zapadły mi w pamięć Alba Robina 2007 (Matosevic, Malvazija przechowywana 12 miesięcy w beczkach z akacji) urzekająca nietypowym aromatem bekonu (wino aż wprasza się do łączenia w kuchni), oraz Teran (Refosco) od Roxanich, 2008.Następnym punktem programu podczas tego dnia, zarazem ostatnim, było wieczorne Wielkie Otwarcie, czyli przywitany bankiet. Czas, w którym wystawcy i goście mogli się poznać, a ci pierwsi mogli w pełni oddać się opowieściom o swoich nalewanych właśnie winach.


Dzień ten był zaledwie rozgrzewką przed sobotą. Na początek prezentacja firmy Nomacork. Pomimo paskudnej reputacji plastikowych korków, firma ta postanowiła produkować je właśnie ze sztucznego tworzywa. Cienkie ścianki zewnętrzne z nieprzepuszczalnego materiału, skrywały przechodzącą przez rdzeń porowata strukturę. Ta występowała w różnych wariantach przepuszczalności powietrza, dając winiarzowi możliwość zadecydowania, w jakim stopniu chce pozwolić na utlenienie wina. Jako przykład, uczestnicy byli poczęstowani tym samym rocznikiem tego samego Sauvignon Blanc, przechowywanych w butelkach zamykanych metalową zakrętką nieprzepuszczającą wcale powietrza, oraz trzema ich produktami, pozwalając doświadczyć zmian jakie niesie każda z metod. Całkiem ciekawe doświadczenie.Następnie trafiłem na prezentację kolejnej winiarskiej wizytówki Węgier – Kekfrankosa. Jedynym krajem, który mógłby konkurować w produkcji i popularności tego szczepu jest Austria (tam Blaufrankisch). Zaprezentowano 8 win z rożnych regionów (także Słowacja i Austria). Niestety, Z przyczyn obiektywnych, wina były podawane w zupełnie innej kolejności niż na planie degustacji, przez co niemało się natrudziłem, by zidentyfikować aktualnie próbowane sztuki. Węgierski „Pinot Noir”, wywarł zdecydowanie dobre wrażenie. Te madziarskie wina prawie nie miały słabszych odsłon, jak choćby Legli Geza Janoshegyi Kekfrankos 2009 (Del-Balaton),  chociaż słowacki Bott Frigyes czy austriacki Moriz były porównywalne do najlepszych spośród Kekfrankos.Po winach węgierskich, nastał czas Portugalii. Niestety, nazwa „100 years old Port” nie oznaczała wcale iż będą otwierane 100letnie butelki porto... Cóż musiałem zadowolić się zaledwie 20letnią sztuką. Prezentacja zaczęła od nowości, różowym Porto (nie do końca mnie przekonywującej) podanej jako drinki. Po nich można było spróbować standardowej pary, ruby oraz tawny. Szczególnie ten drugi zapadał w pamięć, do czasu przynajmniej. Po nim nastąpiła butelka, po której już nic przed i po nie mogło zaistnieć, Tawny aged 10 years Porto. Niesamowicie bogaty, aromatyczny, złożony i intensywny trunek, który urzeknie szczególnie miłośników cygar – już dawno nie piłem nic tak mocno wołającego o obecność havany. Zarówno RO LBV 2004, jak i 20yo Tawny, chociaż zachwycały, nie usunęły z mej pamięci smakowej zachwytu nad 10 letnim trunkiem.Na zakończenie części merytorycznej, prezentacja która była najlepszą częścią całego VinCE 2012, a przynajmniej jedną z dwóch. Degustacja równie wyjątkowa co wymagająca, czyli Cabernet Franc z Villany. Region, chociaż patrząc na powierzchnie upraw  tego nie widać, postanowił promować się poprzez koncentrację na produkcji tego właśnie szczepu. Trzeba przyznać, że efekty są naprawdę wyśmienite. 11 win z tego regionu, w niezwykle wyrównanej konkurencji. Pełne subtelnego owocu i sporej taniczności, były dla mnie chyba największym odkryciem wyjazdu. W zasadzie miały tylko jedną wadę – degustowane już po 19.00, poprzedzane całym dniem próbowania win, porto, cognac'ów i single maltów, swą tanicznością, troszeczkę mnie przytłoczyły. Kubki smakowe odczuwając trudy dwóch dni eksploatacji, w drugiej części degustacji niestety kapitulowały, a szkoda. Wielka szkoda, wina były naprawdę nieprzeciętne, zachęcam każdego kto będzie miał okazję do przetestowania ich do wykorzystania tej szansy.Organizatorzy zadbali by dzień zakończyć w wyjątkowym miejscu. Skromną, zaledwie siedmiodaniową kolację w Halaszbastya, Baszcie Rybackiej. Elegancka restauracja usytuowana w Budzie, z okazałym widokiem na Peszt, od którego uwagę odciągały tylko widoki serwowanych dań. Towarzyszyły im oczywiście najznamienitsze gwiazdy imprezy, czyli wina specjalnie dobrane do wymyślnych potraw.


Nazajutrz rano najzwyczajniej zaspałem na poranne zajęcia poświęcone z łączeniem jedzenia i win, trudno. Polecam dokładną relację z niej na blogu pana Andrzeja Daszkiewicza. Nie darowałbym sobie jednak nieobecności na następnej degustacji, poświęconej winom z  Egeru. Podczas jej trwania zaprezentowane zostały 2 rodzaje win, mający miejsce w drugiej części pokaz win  Egri Bikaver, oraz stosunkowo nowy twór w tym regionie, wina Egri Csillag, czyli Gwiazda Egeru. Niezmiernie chwalone np. przez Tomasza Prange-Barczyńskiego, jakkolwiek interesujące, nie wywołały we mnie uczuć aż tak ciepłych jak redaktora. Zupełnie odwrotnie miała się sytuacja z winami czerwonymi. Jeśli komuś Krew Byka kojarzy się wciąż z tanimi marketowymi tworami wino-podobnymi, powinien być na tej sali. Z pięciu win podanych w tej części degustacji, najgorsze można było określić jako naprawdę smaczne, tymczasem dzieła György Lőrincza,czy László Bukolyiego po prostu zachwycały.


Następnym punktem mego programu było spotkanie z Garym Vaynerchukiem. Może nie osobiste spotkanie, gdyż była to wideokonferencja, gdzie najpierw degustowane były wina ze Środkowej Europy,  a następnie prowadzący zadawał pytania znanemu video-blogerowi, głównie dotyczących winiarstwa węgierskiego, wskazówek rozwoju etc. Ten, w swym energicznym, żywiołowym stylu, na jednym wdechu odpowiadał niemal nieprzerwanym potokiem słów. Z jednej strony, niczym rasowy trener motywacyjny, udzielał ogólnikowych wskazówek graniczących z cliché, z drugiej strony trafiając tymi niemal w samo sedno. Nie martwić się, że ludzie kojarzą z Węgier tylko Tokaje – wykorzystać to, dając słodkim przygotować miejsce dla win wytrawnych na innych rynkach. Nie konkurować między sobą – traktować nawet inne winiarnie tego samego regionu jak "węgierską reprezentację" grająca przeciw innym krajom winiarskim, nie przeciw sobie nawzajem. Wydają się równie oczywiste co odkrywcze zarazem.Do końca dnia (zarazem i całej imprezy) zostały jeszcze zestawienie cogniac Frapin z perfumami. Ciekawa idea, ale czy to przez porę dnia, czy to przez atrakcyjność wcześniejszych zajęć, czy może  problemy z tłumaczeniem, wywołane zmęczeniem tłumaczy lub sposobem prowadzenia przedstawicieli Frapin i Le Parfum – nie przyciągał aż tak uwagi swą formą.Ukoronowaniem tego dnia była kolacja pożegnalna w Manna Lounge, gdzie wina i dania zostały zepchnięte przez przepyszny suflet marcepanowy – już dawno nie jadłem niczego równie dobrego w tej kategorii.

Tak impreza dobiegła końca. Pisząc tylko o największych atrakcjach, nie wspomniałem chociażby o obecnych tam smacznych palinkach, armagnacach, single maltach, charakterystycznym likierze węgierskim Unicum, oraz różnych wystawcach mniej związanych z winem: od akcesorii winiarskich, przez kawę, słodycze i lokalne produkty spożywcze, aż do samochodów, perfum, czy linii lotniczych. Trzy dni spędzone równie satysfakcjonująco, co intensywnie. Co bym wyróżnił, spośród wszystkich prezentacji? Odpowiedź jest prosta, te poświęcone winiarstwu węgierskiemu. Kraj ten pokazał się z jak najlepszej strony, i trudno będzie zapomnieć o rażeniu jakie wywarły Kekfrankos, elegancjie i złożone Egri Bikavery czy delikatne i mocarne zarazem cabernet franc z Villany. Jadąc do tego kraju, można być pewnym pysznych wakacji.

Maciej Wiczyński